Mazury Tour 2013 - 1000 km drogami i duktami Warmii i Mazur
  Mazury Tour 2013 zakończyło się 2013-04-281020 km
SALOMONRegionalna Dyrekcja Lasów PaństwowychRegionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w OlsztynieRegionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w BiałymstokuLasy Państwowe
DOTFILMS.PLSALOMONSklep biegaczaGARMINCOMPRESSPORTGJG GroupVITARGOFORMEDPLUS
Strona główna Wieści z trasy Mazury Tour 2013 Trasa biegu Sylwetka biegnącego Galeria
Mazury Tour 2013

ETAP 37 – Do pięknej Ostródy…

2024-03-15 / wyświetleń - 63

Bywa nazywana perłą Warmii i Mazur i słusznie, bo jest naprawdę piękna. Ostróda – miasto, które zauroczyło mnie od pierwszego wejrzenia. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć dlaczego ?

ETAP 37 – Do pięknej Ostródy…

Czy było to z powodu niskiej i ciekawej zabudowy, czy z powodu pięknego położenia miasta nad Jeziorem Drwęckim i kilku innych jezior wokół, czy też może za sprawą jego długiej historii oraz licznych zabytków ? A może stało się tak, dzięki prężności inwestycyjnej tego miasta w ostatnich latach, którą można zobaczyć na jego ulicach, jak choćby w postaci pięknego amfiteatru, fontanny z historycznym pomnikiem rybaka, tudzież udanego zagospodarowania nabrzeża Jeziora Drwęckiego. W każdym razie, efekt jest taki, że Ostróda naprawdę może się podobać.

Dzisiaj biegłem właśnie w kierunku Ostródy i w dodatku z nie byle kim… Oto bowiem na starcie w Tynwałdzie pojawili się trzej biegacze z Olsztyna z klubu AKM Olimp przy których nawet nie powinienem stać…, bo cała trójka – Janek, Jurek i Piotrek legitymuje się wynikami w maratonie na poziomie 2:30 godz., a ostatni z nich, czyli Piotrek Prusik wygrał nawet w 1995 roku maraton w Wiedniu z czasem 2:15 godziny, pokonując wszystkich Kenijczyków oraz Etiopczyków ! Rany boskie, co ja tutaj z nimi robię ! Pomyślałem sobie, włączając mojego Garmina na starcie. Przecież, jak mnie zacznie boleć noga, to oni się zanudzą na śmierć…

Do biegu gotowi - startujemy ! :)

Na szczęście, ku mojemu zdziwieniu noga wcale nie bolała ! Byłem w szoku, ale już wiem dlaczego… Wczoraj Grzesiek przygotował mi bowiem kąpiel z gorącym wywarem z gałązek sosny według przepisu Mirka Plawgo, z którym biegłem przez Pasłęk. Podobno to stary „ludowy” sposób na regenerację mięśni i ścięgien stosowany od lat przez doświadczonych biegaczy, którego ja jednak nie znałem. Gdy powiedziałem biegnącym dzisiaj ze mną chłopakom o rewelacyjnym działaniu „mirkowej” terapii, szybko otrzymał przydomek… „Szamana z Pasłęka” !  Ponieważ noga mnie naprawdę nie bolała więc sunęliśmy dosyć szybko, oczywiście jak na mnie, bo dla moich trzech dzisiejszych towarzyszy, pewnie to było dużo za wolno…:). Chociaż Janek co jakiś czas kontrolował tempo i kazał nam zwalniać, za co otrzymał drugi przydomek dzisiejszego dnia - „strażnik tempa”… Gadulstwo biegowe kwitło dzisiaj niemiłosiernie ! No po prostu, gadaliśmy jak najęci ! O wszystkim, co tylko dotyczyło biegania, trenowania, wychowania poprzez sport, o sztuce utrzymywania się w formie przez długie lata, o kontuzjach. Ale były też i kawały, niekoniecznie biegowe… Rozmawialiśmy także o wielkim boomie na bieganie, jaki teraz zapanował w Polsce i o tym, że większość z ludzi zaczynających dzisiaj swoją przygodę z bieganiem, biega za dużo i za szybko, wręcz się przetrenowuje, chcąc jak najszybciej wskoczyć na jak najwyższy poziom. Tymczasem, tu nie ma żadnej drogi na skróty !  Do długodystansowego biegania potrzeba bowiem cierpliwości, cierpliwości i jeszcze raz cierpliwości ! Tu trzeba po prostu swoje wybiegać, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, ale nie próbując dla przykładu realizować program treningowy rozpisany na miesiąc, w zaledwie dwa tygodnie… W ten sposób można co najwyżej, załatwić sobie poważną kontuzję. Szkoda, że biegowi debiutanci zbyt rzadko korzystają z rad bardziej doświadczonych kolegów, jak choćby takich chłopaków, z którymi dzisiaj biegłem, a można się było wiele od nich nauczyć. Ja skorzystałem naprawdę dużo, choć zapewne nigdy nie będę biegał maratonów na Piotrka, Janka czy Jurka poziomie… Ale to mało ważne, bo liczy się radość z biegania, która dzisiaj naprawdę była duża !

Przez podiławskie lasy i pola...

Po około siedemnastu kilometrach wspólnego biegu przyszła niestety pora rozstania. Ale skończyliśmy tak, jak zaczęliśmy, czyli pod lokalnym GS-em (!), gdzie zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia. Dalej pobiegł już ze mną tylko Zygmunt, leśnik z Iławy, który towarzyszył mi wczoraj, a dzisiaj przyłączył się do nas, gdzieś na 10 kilometrze. W sensie nawierzchni biegowej, zaliczyliśmy dzisiaj chyba wszystko, co możliwe  –  czyli najpierw asfalt z dziurami i gdzieniegdzie gładki, czyli taki bez dziur…, potem twardy dukt leśny, a następnie delikatny masaż stóp po kocich łbach, by wreszcie wybiec na piaskową, polną drogę, gdzie przejeżdżający z rzadka samochód wzbijał tumany pyłu, niemal jak na Saharze. A słońce prażyło jak trzeba i na polach przez, które biegliśmy z Zygmuntem nie było po prostu gdzie się ukryć. Gdy w końcu wybiegłem na krajową „16-tkę” podążając już samotnie w kierunku Ostródy, terapia wspomnianego „Szamana z Pasłęka” przestała jednak powoli działać i noga przypomniała o sobie. Musiałem mocno zwolnić i biec już tylko na śródstopiu.  Na szczęście, przed Brzydowem, czekała na mnie Kamila z Ostródy, która jakoś doholowała mnie do samego Ornowa, czyli opłotków Ostródy, gdzie nasze rodzime Nadleśnictwo Miłomłyn, powitało nas z Grześkiem – chlebem i solą... I to w sensie dosłownym ! Oj, było nam bardzo miło, a chleb okazał się przepyszny !  A jutro ostatni, normalnej długości etap „Mazury Tour”, czyli 25 kilometrów. Później jeszcze tylko dwie „przebieżki” po 19 i 12 kilometrów i będzie meta w Kudypach !       

Przez podostródzkie pola... 

 

Spotkana zwierzyna: brak jakiejkolwiek. Nie widzieliśmy nawet bocianów…;

Zjadłem dzisiaj na trasie: tylko jeden żel Vitargo oraz wypiłem dwa bidony Vitargo (jak zwykle zresztą…) i trochę wody;

Moje dzisiejsze ubranie:  rano bluzka z długim rękawem, a po godzinach biegu zmieniłem na krótki rękaw, gdyż zacząłem się z lekka gotować;

Co mi dzisiaj wpadło w ucho ? – w trakcie biegu nic, bo nie było nawet chwili, żeby czegokolwiek słuchać !:) A przed biegiem owszem, tylko jedna piosenka, ale za to jaka !:

1./ „Don’t Worry Be Happy !” – Bobby McFerrin;

Najfajniejsze momenty:

- gdy biegliśmy przez pola i lasy, po coraz innej nawierzchni, a pokonywanie kolejnych górek przychodziło nam z dużą łatwością i rozmawialiśmy na okrągło…:);

- gdy okazało się, że po wczorajszej terapii „Szamana z Pasłęka” noga mnie w ogóle nie bolała, aż przez 20 kilometrów dzisiejszego etapu;

- gdy żegnaliśmy się z chłopakami pod sklepem GS-u w Reszkach… Szkoda, że tak szybko !:);

Ornowo pod Ostródą

Powitanie chlebem i solą... :)

 

Komentarz Komentarze   Dodaj komentarz Dodaj komentarz

stat4u Projekt i wykonanie - SiPRO